„Ślepnąc od świateł”

Slepnac-od-swiatel

to nie książka.

To historia, może i balansująca pomiędzy fikcją a rzeczywistością, ale z pewnością niezwykle prawdziwa. Nie chcę tutaj wskazywać palcem: |to książka o Jacku, który w Warszawie handluje kokainą i przez 7 dni jesteśmy towarzyszami jego przygód. Diler jest podmiotem lirycznym, który  sprawnym okiem obserwuje jak zepsute jest serce Polski – Warszawa.|

Nie powiem tak, bo to nie jest prawda. Każdy kto po przeczytaniu tego dzieła, obnosi się z takim stwierdzeniem, nie powinien się nim dzielić z innymi ani powracać do lektury.

„Ślepnąc od świateł” to przede wszystkim opowieść o ludzkiej metamorfozie. A właściwie powinienem użyć liczby mnogiej. Jakub Żulczyk daje nam obraz zepsutej Warszawy, którą od siedmiu lat zamieszkuje i nauczył się jak egzystować w stołecznych realiach. Ale jeszcze bardziej zaobserwował on funkcjonowanie ludzi napędzających gospodarkę egoizmu i samozagłady. Każdy z bohaterów, ma w sobie cząstkę przypominającą nam celebrytów, znajomych, rodzinę a nawet nas samych. Bo właśnie każdy z nas, kto pragnie wyrwać się ze swoich klaustrofobicznych peryferii i pragnie wypłynąć na szersze wody, musi zapomnieć. Każdy kto nie chce być pokarmem, lub płynąć w ławicy, musi być drapieżnikiem. Trzeba wyzbyć się wspomnień, uczuć i emocji. Tylko w ten sposób można przetrwać, być na powierzchni, ponad nią i jeszcze wyżej. Jednak, gdy pochłonie nas rytm miasta, trzeba liczyć się z tym, że przekroczyliśmy granicę ludzkości. Nie doznajemy cierpienia (bo nic już nie czujemy) ale nieświadomie go rozpowszechniamy, z dnia na dzień na większą skalę.

Dlaczego Żulczyk przedstawił akurat Warszawę? Przecież to samo jest w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu. Tempo życia jest bardzo podobne i ludzie w równym stopniu się „szmacą”. Jednak w Warszawie, naszej stolicy, skala jest nieporównywalnie największa. Tylko tam, jest tak różnorodny przemysł wyżelowanych ortalionowych karków, zatęchłych bezdomnych, bananowych dzieci blaszanych korporacji i blond turystek relacji: ulica-klubowa toaleta.

„Ślepnąc od świateł” to trochę taka przestroga, która udowadnia, że każdy z nas jest w stanie przekroczyć granicę moralności, budowaną przez lata. To książka bezwzględna, bo taka też jest rzeczywistość. Nie należy się spodziewać politycznej poprawności, więc jeśli ktoś brzydzi się wulgaryzmami, niech zwyczajnie nie sięga po tą pozycję. Surowy i gorzki język sprawiają, że „Ślepnąc od świateł” wciąga się równie szybko co kokainę. I równie silnie uzależnia.

Mikołaj Gwoździowski