„Jaram się tym!” – cały wywiad z Michałem Koslem

12809765_564117727088163_7897929511031808365_n

Choć ma dopiero dwadzieścia pięć lat, jego CV jest dziesięć razy dłuższe niż typowego Polaka. Michał Kosel, bo o nim mowa, właśnie napisał książkę “Jak znaleźć pracę po studiach”. Jak sam mówi wszystko zaczęło się od kilku notatek, które przygotowywał na konferencję. Z rozmowy dowiecie się m.in. skąd Michał bierze pomysły na swoje przedsięwzięcia, co go jara i po co spotykam się z nim za sześćdziesiąt lat. Poznacie również odpowiedź na najważniejsze pytanie, czy znajdziecie pracę po studiach.

 

Jesteś między innymi właścicielem włoskiej restauracji Mamma Mia w Krzanowicach, właścicielem Fundacji Zarabiaj na Pasji, właścicielem Kobiecego Centrum Rozwoju (Belly Opole i Dance Pole Strzelce Opolskie)…

Współwłaścicielem firmy marketingowej MarketingVideo.pl, kilku pomniejszych projektów, prowadzę dwie spółki, firmę, fundację, także trochę tego jest.

Jak godzisz te wszystkie obowiązki? Wstajesz o 3 rano, żeby to ogarnąć?

Nie, teraz też dopiero przyszedłem do pracy (godzina 11:00 😉 – red.). Zaraz sobie zrobię kawę. Po drodze udało mi się jeszcze zaliczyć dwa spotkania, a nawet zatankowałem i umyłem samochód.

Dobra organizacja dnia?

Nie. Wiesz, jak robisz coś, co lubisz, to nie masz potem problemów z pogodzeniem tego. Bo to jest normalne. Wstaję rano i to nie jest tak, że ja muszę coś wykonać. Po prostu ja się jaram tym, co będę robił, więc to jest tak, że ja to robię z automatu. Jest takie ładne powiedzenie, że jak nie masz czasu to dołóż sobie jeszcze dwie rzeczy i nagle znajdziesz jeszcze czas wolny. I myślę, że u mnie się to sprawdziło. Ja taki system miałem już od studiów i myślę, że tak mi już zostało. Nie jest to jakieś mega ciężkie do organizacji. Trzeba pamiętać o dwóch rzeczach: że nie można wykonać wszystkiego samemu, czyli trzeba budować dobry zespół i starać się nim dobrze zarządzać i uczyć się tego, żeby uczyć innych. To jest jednak dosyć trudne i jak ktoś jest właścicielem firmy, to wie jak ciężko oddać pewne obowiązki komuś innemu i patrzeć jak ten ktoś sobie zaczyna z tym radzić. Ale jednak z drugiej strony, jeśli tego nie zrobimy to zwariujemy.

Skąd w ogóle pomysły na takie przedsięwzięcia?

Z pasji. Po prostu. To zależy, np. firmę marketingową Marketing Video, stworzyliśmy z Jarkiem Madzią, dlatego, że obydwoje kręciliśmy filmy. To był taki pomysł, żeby zrobić coś w zakresie tego, co lubimy robić i zobaczyliśmy jaka jest nisza, że pewne filmy video w pewnym momencie albo poszły w stronę teledysków albo w sztampowe produkcje – branża marketingowa – ta kreatywna – siadła. No i doszliśmy do wniosku, że będziemy robić marketing na wartości i zaczęliśmy to po prostu robić. Jeżeli chodzi o Belly Opole – Kobiece Centrum Rozwoju to pomysł był taki, żeby zrobić coś ciekawego, do czego sami chcielibyśmy pójść, a czego znowu nie było. I znowu po prostu zrobiliśmy to. W gastronomii moi rodzice kiedyś prowadzili lokal, więc ja za małolata zjadłem na tym zęby. W Opolu udało mi się odrestaurować jedną starą knajpę i też przez krótki czas wyprowadziłem ją na prostą, bez większych nakładów finansowych. Więc znowu pomysł był taki, że udało się nam przejąć budynek, wyremontować go, no i czemu nie zrobić w mojej rodzinnej miejscowości, na granicy polsko-czeskiej, klimatycznej restauracji w 100% z włoskich produktów? ? No i zrobiliśmy. Po prostu.

To tak łatwo, fajnie wszystko brzmi jak o tym opowiadasz.

To nie jest łatwe <śmiech>. Inaczej, to jest bardzo trudne, ale to nie jest niemożliwe. I o tym nie wolno zapomnieć, że wiele rzeczy jest do zrobienia, ale trzeba to okupić również pewnymi wyrzeczeniami – to jest cena za taką możliwość.

Studiowałeś dziennikarstwo i filozofię. Dlaczego nie zostałeś więc dziennikarzem?

Dziennikarstwo skończyłem, filozofii zostało mi pół roku, ale niestety ja już wtedy rozwijałem skrzydła w kilku dziedzinach biznesowych. Zeszliśmy wtedy na filozofii z etapu dyskusji na etap wykucia 150 nazwisk i życiorysów na pamięć. Ja w tym momencie powiedziałem „tu się skończyła moja przygoda z filozofią”. Zapytałaś, dlaczego nie zostałem dziennikarzem. Zostałem nim i przez długi czas byłem. Troszeczkę jedną nogą w tym studenckim dziennikarstwie, drugą w tym obywatelskim, bardziej śledczym. Głównie zajmowałem się kwestiami studenckimi, kwestiami uczelnianymi, odkryłem różne rzeczy, które nie powinny dziać się na uczelniach, ale jednak się działy. I przyznam się szczerze, zadałem sobie pytanie „czy warto?”, bo dotarły do mnie informacje, dokopałem się do pewnych rzeczy, które rozwaliłyby pewne struktury, nie chciałbym teraz o tym mówić, bo to temat zaszły. Aczkolwiek przekalkulowałem sobie, że abym ja wygrał w dziennikarstwie śledczym, ktoś musi stracić. I później przez pół życia się zastanawiasz czy dobrze, że to zrobiłeś, bo zrobiłeś to w interesie ludzi, czy jednak ktoś Cię podpuścił i źle, że to zrobiłeś. Stanąłem na takim rozdrożu: czy chcę za dziesięć lat w szczycie swojej pracy, druga w nocy, piętnasta kawa, wory pod oczami, piszę artykuł o jakimś skorumpowanym polityku i już dwa biura PR-owe szykują na mnie haki i o ósmej rano będziemy się wszystkim obrzucać na lewo i prawo, czy druga działka, którą wtedy realizowałem; czyli managerka i szeroko rozumiana organizacja i ta sama druga w nocy, piętnasta kawa, ale za chwilę coś się rozpoczyna, robimy festiwal, robimy jakiś wyjazd i jakąś inną kwestię sportową i ja jestem zmęczony, ale ci ludzie się cieszą. I doszedłem do wniosku, że jak za dziesięć lat mam być zmęczony i u kresu swoich sił i co bym chciał wtedy robić, to jednak wolę uśmiech tych ludzi, niż boksowanie sięz wątpliwościami, czy było to słuszne A tu wiem, że jest to słuszne, bo widzę, że ludzie, z którymi współpracuję się rozwijają. Pasjonaci, ci, których mamy pod Belly Opole czy pod Fundacją Zarabiaj na Pasji, kiedyś pracowali gdzieś w McDonaldsie, na stacji czy w biurze windykacyjnym, a u nas udało się niektórym tak rozwinąć, że zarabiają teraz dwa razy tyle co tam, a przy okazji cały dzień tryskają energią, jarają się swoją pracą i co dzień wymyślają coś nowego. Wtedy doszedłem do wniosku, że wybieram pasję.

12821524_564117730421496_7213092758882657999_n

 

Powiedz może coś więcej o Fundacji Zarabiaj na Pasji? Czym się zajmujecie?

W zasadzie to jest tak, ze Fundacja powstała jeszcze zanim wpadliśmy na pomysł, żeby założyć fundację, po prostu zaczęliśmy działać. W którymś momencie zaczęliśmy organizować projekt “Praca po studiach”, “Jak znaleźć pracę po studiach”. Zaczęliśmy tworzyć konferencje dla tancerzy, dla menadżerów, dla trenerów pokazujących, jak rozwijać się w tej pasji, tak żeby nie być ciągle u kogoś, jak prowadzić księgowość, jak poradzić sobie z formalnościami, jak z marketingiem, skąd wziąć pieniądze albo czy są w ogóle potrzebne. No i w którymś momencie zadaliśmy sobie pytanie jako kto my to robimy, jako firma marketingowa czy jako Belly Opole czy jako projekt. No i doszedłem do wniosku, że jak przedsiębiorca chce pomagać to zakłada fundację. No i ją założyliśmy. Cele statutowe są takie, żeby wspierać młodych na rynku pracy. Ale organizujemy też spotkania dla przedsiębiorców, których uświadamiamy w kwestiach optymalizacji podatkowej, w kwestiach struktur zarządzania ludźmi. Ściągamy ludzi, którzy zjedli na tym zęby. Także Fundacja ogólnie wpiera młodych ludzi na rynku pracy. Aktualnie ze względu na to, że wywodzi się to z mojej dziedziny są to pasjonaci, sportowcy, są to ludzie, którzy chcą zarabiać na swojej pasji. I nie ma w tym nic złego, żeby się realizowali i mogli z tego żyć.

Wasza oferta jest darmowa i może przyjść każdy?

To nie jest oferta, to nie jest tak, że my jesteśmy Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. My realizujemy pewne cele, które widzimy na rynku pracy. Ci ludzie często sami się pojawiają. Prawda jest taka, że to jest chyba pierwszy egzamin, a tę osobę wychwytujemy z tłumu w którymś momencie. To nie jest tak, że my ogłaszamy nabór, ktoś musi mieć na tyle charakteru, że my go zauważymy i powiemy „chcemy, byś się u nas rozwijał, potrzebujemy takich ludzi i pomożemy Ci to zrealizować”. Raczej oddziałujemy na rynek, a nie czekamy, aż ktoś będzie nas potrzebował.

A samemu można przyjść? Jeśli potrzebuję np. pomysłu na siebie.

Szukanie pomysłu na siebie to jest jeszcze wcześniejszy etap i temu służy cały projekt „Jak znaleźć pracę po studiach”. Organizujemy warsztaty, konferencje, teraz właśnie jesteśmy na etapie finalnym wydania książki „Jak znaleźć pracę po studiach” i to jest ten moment, kiedy nie wiem co ze sobą zrobić, nie wiem od czego zacząć, ale już wiem, że to co robię mi nie odpowiada, że to co robię, to nie jest do końca to, co bym chciał robić i do tego służy projekt „Praca po studiach”. Kolejne projekty już bardziej branżowe typu „Taniec jako biznes”, konferencje, kursy trenerskie i inne rzeczy, które Fundacja współorganizuje to są już rzeczy, do których mamy wyspecjalizowanego człowieka. Mamy kogoś kto tańczy, ma umiejętności i pasję, ale nie wie, jak się za to zabrać, nie wie, czy on może wystawiać faktury czy nie może, a chce wyglądać poważnie. I temu służą takie konferencje jak „Taniec jako biznes” czy „Zarządzanie studiem tańca” czy w ogóle konsultacje i spotkania. To jest moim zdaniem pierwszy etap weryfikacji człowieka, czy ktoś czeka, aż ktoś mu pozwoli przyjść czy ten ktoś po prostu się zgłosi lub da się zauważyć. I o tym tez piszę w książce, to nie może być tak, że ktoś idzie do pracy, w momencie kiedy ktoś go szuka, kiedy ktoś publikuje ogłoszenia. Nie, ja idę do pracy, ponieważ jestem w stanie przekonać pracodawcę, że on mnie będzie potrzebował, mimo że o tym jeszcze nie wie.

Przejdźmy teraz do książki. Skąd w ogóle pomysł na jej napisanie?

To w zasadzie zaczęło się od notatek, które przygotowywałem na konferencję, na którą zostaliśmy zaproszeni. Z notatek zaczęły się robić strony, ze stron rozdziały i w którymś momencie powiedziałem „dobra, to trzeba zebrać w całość, trzeba to wydać”. O tym też piszę w książce pod koniec, że to nie jest megalomania, że piszę książkę, tylko to jest zbiór pewnych doświadczeń, a zarazem coś, czego młody człowiek może dotknąć. To nie jest pisanie bloga, to nie jest e-book, czy coś wirtualnego. To jest realny dowód, po pierwsze na to, że da się pewne rzeczy zrobić, nawet jeżeli wszyscy dookoła mówią, że jest to niemożliwe. A druga rzecz to realnie coś, czego możemy dotknąć, otworzyć i przeczytać, jak wyglądał pewien etap przechodzenia młodych ludzi z przegranej pozycji do miejsca, w którym są teraz.

projekt-okladki-3d-male

Materiały zbierałeś 1,5 roku. Jak wyglądał proces przygotowawczy?

Ponad 1,5 roku, ale to są zebrane wszystkie doświadczenia, spotkania, obserwacje, częściowo też praca z młodymi ludźmi przy konferencjach. Są materiały z zarządzania ludźmi, których zatrudniam, do których, mogą się trochę obrazić, czasem podchodzę i testuję pewne rzeczy. Znaczy nie tak skrajnie, nie jest jak u Monty Pythona, że robię jakieś dziwne rzeczy <śmiech>. Tylko bardziej pochodzi to z takich doświadczeń na co dzień, bo inaczej zarządza się kimś raz w tygodniu, a inaczej jeżeli się ma placówkę 300m, kolejne 200, takie podstawowe problemy od dorobienia kluczy po cieknącą rynnę to wszystko powoduje, że to zarządzanie nie spłyca się tylko do tego, że spotykamy się biurze i ewentualnie ekspres nawali, ale do całej struktury zarządzania. Można powiedzieć, że przez te ostatnie 1,5 roku badałem rynek pracy z każdej strony. Od strony pracodawców, bo z nimi pracuję, rozmawiam, wyciągam wnioski i stąd te materiały. Rozmawiam z pracownikami, nie tylko z moimi, ale też z ludźmi, którzy przychodzili do nas na konferencje, jakie mają problemy, wnioski po konferencjach, wnioski po spotkaniach z młodzieżą, o czym mówią, jak mówią. No i ostatnie 7 lat dorosłego życia, ja też niedawno byłem po tej drugiej stronie. Połączenie tego wszystkiego to jest właśnie zbiór tego, co możemy znaleźć w książce, plus historie młodych ludzi, którzy w tej książce występują, plus masa moich historii, od tego jak przechodziłem z jednej strony barykady na drugą, jaka logika zdarzeń mną kierowała, jakie wnioski wyciągałem i skąd taka a nie inna decyzja.

Piszesz w niej, że studia to świetna okazja, żeby sprawdzić się na stanowisku kreatora, lidera. Sam byłeś redaktorem naczelnym Wolnego – Dziennikarstwa. Jak wspominasz ten czas? Co dało Ci „szefowanie”?

„Szefowanie” to jest duże słowo. My to stworzyliśmy po prostu, więc to było tak, że nie byłem szefem z nadania, tylko nie miałem innego wyjścia, bo trzeba było to pociągnąć. Wiesz co, bardzo dużo mi dało i też chciałem to częściowo przekazać, częściowo się udało, częściowo niekoniecznie, że właśnie na studiach lepiej sprawdzić się w redakcji, w której nie ma nic, bo trzeba ciągle kombinować, niż w redakcji, w której jest sprzęt, tylko się przychodzi, bierze i leci na materiał. Bo w dorosłym życiu niestety rzadziej będziemy mieć do czynienia z czymś takim, że bierzemy sprzęt niż z tym, że go po prostu nie ma. To mi dużo dało, że trzeba było się naprawdę dużo nakombinować, żeby wyglądało to jakoś profesjonalnie. Tam tez uczyłem się zarządzania ludźmi, bo nagle masz pod sobą dwudziestu studentów, których w jakiś sposób musisz mobilizować i mówić im, że mimo tego, że nie mamy świetnej redakcji to jesteśmy ważni dla tych studentów, że oni chcą nas czytać, że te tematy są dla nich ważne, że nie możemy iść na imprezę, musimy siedzieć do nocy i dokończyć temat. Że rano musimy być przygotowani lepiej niż prorektor na konferencję prasową, żeby móc go zagiąć. I tak próbowałem. Ja myślę, że każde doświadczenie czegoś uczy, myślę, że to dało podstawy do tego, co robiłem później, kiedy zarządzałem firmami i ludźmi, projektami. Redakcję tworzyliśmy całą od zera, od logotypów, po marketing, wszystkiego musieliśmy się nauczyć metodą prób i błędów. Nie baliśmy się przewrócić, nie baliśmy się popełnić błędów. Kiedyś zrobiliśmy konferencję prasową, na której powiedzieliśmy, że będziemy, ale nie powiemy nic więcej. I potem się okazało, że jednak jak się robi konferencję to się mówi wszystko, a nie tylko zapowiada <śmiech>. Później każda kolejna konferencja prasowa składała się w 100% z  treści i tak jak to powinno być, ale z drugiej strony, jakbyśmy jako gówniarze 21 – letni nie rzucili się na głęboką wodę, to skąd byśmy to wiedzieli. Moglibyśmy dotrwać do końca studiów, nie mając takiego doświadczenia, a chyba o to właśnie chodzi w studiach, żeby przetestować wszystko. Tylko nie możemy bać się porażek, bo one są naturalną rzeczą, która towarzyszy rozwojowi.

Jakie są więc najważniejsze rzeczy, które Twoim zdaniem powinny dać nam studia? Co najbardziej wartościowego powinniśmy wyciągnąć z tego okresu?

Myślę, że to powinien być czas, w którym szukamy, popełniamy błędy, sprawdzamy. Trochę jak w restauracji, mamy menu na 32 dania i nie powinniśmy się skupiać na pizzy, która wiemy, że jest dobra. Powinniśmy przetestować wszystko. Już wiemy, że szpinak jest niedobry, a jeszcze go nie próbowaliśmy. Może niech właśnie tak wyglądają studia, próbować, testować, bo te studia kiedyś się skończą. Kurtyna opadnie i okaże się, że po drugiej stronie wcale nie jest tak przyjemnie jak nam się wydaje.

Pozwolę sobie przytoczyć fragment Twojej książki: „Pojawiło się przekonanie, że skoro jesteśmy z małej mieściny to i tak wiele z nas nie będzie. Wielu moich kolegów odpuściło sobie pod naporem wieloletniego powtarzania hasła „a gdzie Ty tam będziesz jechał na studia” albo posłuchali rad naszej „wspaniałej” pedagog, która jasno i otwarcie (szkoda, że wtedy nie nagrywało się i nie wrzucało takich rzeczy na Youtube’a) mówiła, że nie mamy iść do liceum, tylko do zawodówek, ewentualnie techników, bo – uwaga to jest mocne – „jak nie zdacie matury, to przynajmniej macie zawód”. Ludzie złoci „jak nie zdacie matury”? ” Sama jestem z małej miejscowości i kiedy mówię ludziom z mojej okolicy, że studiuję to łapią się za głowy i pytają „po co?”, „że trzeba się dać do roboty, a nie wiecznie się uczyć”. Jest chyba takie przekonanie, że ludziom z mniejszych miejscowości jest trudniej się wybić.

Nie, im jest właśnie łatwiej. Wiesz dlaczego? W wybitnych jednostkach jest coś takiego, że mimo że przez ileś lat, ileś osób, będzie im mówiło „nie”, to one i tak postawią na swoim. Ci, którzy mają to coś z tyłu głowy, nie odpuszczą, bez względu na to, ile osób powie im, że się nie da. I w mojej ocenie wieś temu sprzyja. Miasto jest bardziej konformistyczne, jest jednak łatwiej w tej masie się pochować. Może nie mam racji, mówię ze swojego doświadczenia. Ale z drugiej strony we wsi jest się łatwiej poddać temu takiemu zastojowi, „a skoro dorośli tak mówią, to tak będzie”.

Czy po przeczytaniu tej książki znajdziemy pracę?

Nie, to nie tak działa. Tak jak po skończeniu studiów nie znajdziecie pracy <śmiech>. Jak nic się nie zrobi, to nawet przeczytanie tuzina książek nie spowoduje, że ktoś znajdzie pracę. Poza tym samo szukanie pracy, pytanie czy chcemy być „szukaczami” czy chcemy ją znajdywać, czy to ona ma znaleźć nas. Jaka też jest dla nas definicja pracy, to jest bardzo złożony proces.

Masz jakieś rady dla początkujących na rynku pracy?

Musiałbym odpowiedzieć „przeczytajcie książkę”, bo jednak starałem się to ukrócić jak najbardziej. Ciężko jest to powiedzieć w trzech zdaniach, ta książka to też nie jest podręcznik w stylu „10 rad jak osiągnąć sukces” albo „Jak zarobić milion w tydzień”. No, przeczytajcie książkę… <śmiech>. Zdecydowanie, ponieważ udało mi się tam, pomimo mojego chaotycznego sposobu wypowiadania się, poukładać to od momentu zdefiniowania problemu, do momentu rozwiązania, podania przykładów, które działają i do momentu rozwiązania takich konkretnych zasad przyczynowo-skutkowych. Jeżeli się robi tak, to działa to tak. Przede wszystkim myślę, że dwie rzeczy, które zostały bardzo mocno zaniechane to jest brak refleksji i brak wyciągania wniosków, brak analizy tego, co się robi. Nie bójcie się porażek. Jak mam Wam coś poradzić, to czterdziestolatkowi nie wypada popełniać pewnych błędów, a dwudziestolatek wręcz powinien. Róbcie to, w co wierzycie, popełniajcie błędy, wyciągajcie z nich jak najszybciej wnioski i poprawiajcie je. I tak do skutku.

Jak my, młodzi, mamy przekonać do siebie starszych, teoretycznie bardziej doświadczonych na rynku pracy? Do tego, że mamy rację, nasze pomysły są fajne i warto dać nam szansę.

Może nie trzeba ich przekonywać. Może po prostu trzeba być lepszym, aspirować do bycia lepszym. A kto powiedział, że oni są lepsi? Bo to jest też trochę tak, że my się stawiamy w takiej roli, że no „dzień dobry, czy ja mogę coś powiedzieć”. Kurczę, naprawdę 80 % kadry wykładowej, z którą mamy doświadczenia to są ludzie, którzy są jakieś 20 lat do tyłu od nas. Oni przez 10, 20 lat nie rozwinęli się jakoś specjalnie i pytanie czy czasem celujemy do dobrych ludzi. Nam się wydaje że, nie mówię wszyscy, bo jest oczywiście cała masa dobrych wykładowców, ale często autorytetem dla nas jest ktoś, kto wcale nie powinien nim być. I my tak sobie myślimy, jak powinniśmy podejść, czy mogę o coś zapytać, a może nie, może trzeba zrobić coś, że ta osoba sama do nas podejdzie. Brakuje na rynku pracy młodych, ambitnych ludzi, którzy są w stanie z buta wejść, powiedzieć i zrobić. Może trzeba być takim człowiekiem, może trzeba być pewnym tego co się robi, ale żeby być pewnym to trzeba być ekspertem, żeby być ekspertem to trzeba to robić, robić, robić do skutku. Wyciągać wnioski. Oni już nie są najmłodsi, nie mogą zasuwać po 24 godziny na dobę, nie mogą się tak szybko uczyć jak my. My na studiach, na trzecim roku w pewnym momencie zaginaliśmy wykładowców. Na pierwszym byli dla nas bogami, a później się okazało, że ta kurtyna opadała, bo się okazało, że niektórzy są mniej niż przeciętni. Podają nam jakieś stare rzeczy. My poszliśmy następnego dnia i powiedzieliśmy, że „nie, tak to nie działa”, bo robiliśmy to już w praktyce. Facebooka próbowali nas nauczyć, w momencie, w którym my już od dwóch lat na nim zarabialiśmy. Rozumiesz, to był ten największy paradoks, że dostawaliśmy rady od ludzi, którzy czytali prezentację pół godziny wcześniej i próbowali nas potem czegoś nauczyć. I w tym momencie jak my mamy traktować ich poważnie? Jak mamy chcieć u nich pracować? Dochodzimy do wniosku „zepnę się i za pół roku przebiję go dwa razy, może ja muszę się tym zająć”. Trochę takiej brawury, trochę więcej odwagi. Mamy szacunek do profesora tylko dlatego, że wpisuje nam coś w indeks, nie dlatego, że jest dobrym profesorem. A nie powinno tak być, powinno się szanować ludzi za to, co robią, jak robią. A nie, że uczą nas zakładania firmy ludzie w inkubatorach, którzy są na etacie albo dziennikarstwa doktorzy habilitowani, którzy w redakcji byli pięć minut na wycieczce ze studentami. Trochę ten świat stanął na głowie. Wychodzę też z założenia, że wypowiadam się z praktycznego punktu widzenia jako przedsiębiorca i nie muszę się bać, że coś powiem nie tak, bo robię swoje rzeczy. Wy też nie powinniście siedzieć w jakimś matrixie, szczególnie jeśli ktoś przebrnął kilka sesji, to wie, że jest tam więcej rzeczy z kosmosu i niepotrzebnych nigdy w życiu, niż czegoś co faktycznie może w przyszłości się przydać.

Jesteś doskonałym przykładem na to, że jak się chce, to można wszystko, tylko trzeba ciężko pracować.

Nie chcę być doskonałym przykładem, mogę być ewentualnie jednym „z”, bo takich przykładów jak ja, jest cała masa. Tylko inni z jakiegoś powodu też się nie odzywają, bo też robią swoje, ale boją się, że jeśli się wychylą to dostaną „w czapę”. Jest masa przykładów tego, że jak się chce to można, tylko to jest bardzo spłycony termin. Moim zdaniem ciężka praca, robienie konsekwentnie tego, co się chce, słuchanie bliskich, ale tak naprawdę słuchanie tego, co się ma w serduchu, bo tylko intuicja jest w stanie nas uratować, a pasja wybronić z każdej opresji. Za każdym razem kiedy robiliśmy coś ryzykownego, szliśmy tym torem – słuchaj postawiliśmy 300 metrów kwadratowych bez złotówki. Momentów, w których nie spaliśmy po nocach, stresów i innych rzeczy, że nie zdążymy, że kasy braknie, że coś wyskoczy było całe multum. Ale to, że mieliśmy pewną pasję, powodowało, że zaraz znajdowaliśmy sposób na to, żeby jakoś te pieniądze zarobić, żeby je wręcz zrobić, bo tak to czasem wyglądało. Dlatego konsekwencja, ciężka praca, pasja i intuicja, ona po coś jest, po coś nam była dana. To nie jest tak, że mamy niebieskie oczy z jakiegoś powodu, to nie jest przypadek. Może ktoś wierzyć w przypadki, to wtedy będzie miał przypadkowe życie.

Na koniec powiedz mi, czy czujesz się spełniony?

Wiesz co, powiem Ci jak spotkamy się za jakieś 60 lat, jak wychowam wnuki i zobaczę, czy wszystko co wydaje mi się, że wiem, jest tym, co wiem, czy tylko tym, co mi się wydaje. Jak po kilkudziesięciu latach będę wiedział, to wtedy Ci powiem, czy czuję się spełniony. Bo może być tak, że błądzę od kilku lat i nawet o tym nie wiem. Wiem jednak, że trzeba działać, konsekwentnie działać ..

W takim razie do zobaczenia za 60 lat, dziękuję za rozmowę 😉

Dziękuję.  

 

rozmawiała: Asia Gerlich

fot. facebook.com/FundacjaZarabiajNaPasji