Dziś Profesor, jutro podróżnik – wywiad z Profesorem Teobaldem Kupką

15134045_145056315970721_1830866953_o

O pasji do dalekich podróży, miłości do tajwańskiej kultury i niecodziennych spotkaniach z duchami opowiada Profesor Teobald Kupka z Wydziału Chemii Uniwersytetu Opolskiego. Rozmowie tej towarzyszy zapach jaśminowej herbaty i uśmiech na ustach jego słuchaczek. 

Jak zaczęła się Pana przygoda z podróżowaniem?

Nie powiem, że była to wędrówka za chlebem, bo od lat interesował mnie świat. Pochodzę stąd i jestem autochtonem, aborygenem, czyli inaczej tubylcem. Nie należy tego pojęcia mylić z „konkwistadorami”, którzy przyszli tutaj ze Wschodu, czyli z Kresów, gdzie Rektor Nicieja szuka śladów dawnej świetności Rzeczypospolitej. Ja jestem spod Opola, ale zawsze słuchałem muzy dalekich podróży.

Najczęstszym celem Pana podróży jest Tajwan. Co sprawia, że jest on tak wyjątkowy?

Tajwan, czyli Republika Chińska jest pierwszym i jedynym demokratycznym krajem w Azji. Właściwie to nie jest taka prawdziwa Azja, gdzie biegają nagie dzieci taplające się w kałużach i błocie. Jest to raczej taka mała i stosunkowo bogata Ameryka i jeden z „gospodarczych tygrysów Azji Wschodniej”. Kuchnia tajwańska jest świetna. Na przykład w Chinach w każdej prowincji spotyka się jeden rodzaj kuchni, a na Tajwanie występuje różnorodna mieszanka z Chin lądowych oraz z Tajlandii, Indii, a nawet Europy i Ameryki. Spotyka się bardzo dużo wszelakich owoców i warzyw. Można być jaroszem lub jeść mięso i świetne „owoce morza”. W Europie nie lubię wieprzowiny i drobiu, a tam jest to świetnie zrobione i podane. Na życzenie uczyłem tam również podstawowych zwrotów z języka polskiego. Pracowałem w ogromnym „marmurowym” instytucie chemii i biochemii, czyli zawodowo „bawiłem się chemią”, bo nauka to moje hobby. A jednocześnie poznawałem kraj, ludzi i jego kulturę. Na Tajwanie jest bardzo ciekawa roślinność tropikalna. Mnie najbardziej interesowały rośliny lecznicze. Odwiedzałem różnorodne świątynie. Wszędzie spotykamy się z dużą tolerancją. Można wybrać się i pomodlić do świątyni katolickiej, potem do protestanckiej, a potem jeszcze do buddyjskiej lub taoistycznej, bo a nuż ten pierwszy bóg pomoże, a może ten drugi <śmiech>. Będąc studentem nie zawadzi pomodlić się do boga literatury lub tego od egzaminów.

Czy są jakieś elementy kultury, które przeniósłby Pan Profesor z Tajwanu do Polski?

Na pewno tolerancja. U nas powoli zaczyna się wielki fanatyzm i podział, według mnie idziemy prosto w ślady Hitlera. Na Tajwanie, podobnie jak w USA, ściągali z całego świata ludzi nauki i to wzbogacało kraj. W wyniku wydarzeń „September 11” w Ameryce nie mogłem zagrzać miejsca i odkryłem spokojną oazę na Tajwanie. Mieszkałem tam, jak ja to nazywałem, w „marmurowym pałacu”. Wchodziło się przez strzeżoną bramę, był strażnik, potem marmurowe podwórko, małe jeziorko z kompozycjami skalnymi, złotymi rybkami, żółwiami i palmami. Zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie oraz Chicago spotykałem sporo komarów. Od tej plagi Tajwan był wolny. Chodziłem praktycznie boso po dżungli. Coś tam mówili mi o żmijach, ale ja ich za bardzo nie widziałem. Może mnie omijały.

Tajwańczycy wierzą w duchy i składają im ofiary. Był Pan Profesor świadkiem takiego obrządku?

Oczywiście. Spotkałem się w dosyć dziwny sposób z wierzeniami Tajwańczyków. Poznałem dwójkę młodych chrześcijan. On studiował prawo morskie, a ona germanistykę w Hamburgu. Wrócili na Tajwan, mieli bliźniaki, które kończyły przedszkole i zaprosili mnie właśnie na uroczystość zakończenia przedszkola. Zgodziłem się, bo cóż to jest, jakieś pół godziny, rozdanie świadectw i koniec. A tam najpierw występowały na scenie przedszkolaki, potem ich nauczyciele i w końcu najlepsi aktorzy z całej wyspy. Całość trwała chyba z cztery godziny. Naprawdę wielka, niezwykle ciekawa impreza. Jak wyszliśmy stamtąd to już było ciemno, może dwudziesta pierwsza. Trochę jeszcze spacerowaliśmy. Było to na terenie Akademii Sinica, czyli tamtejszej Tajwańskiej Akademii Nauk. Mówię do nich, żebyśmy się jeszcze trochę przeszli w góry, dróżką do małej świątyni. Trzymałem za ręce ich bliźniaki i idę, a rodzice zatrzymują się jak wmurowani w ziemię i mówią: tam już jest ciemno, tam w górze już nic nie widać i my tam nie idziemy. Pomyślałem: niech duchy pożrą dzieci, bo oni się nie ruszą. Było to dla mnie niesamowite.

Myślał Pan Profesor kiedyś o tym, żeby rzucić karierę naukową i całkowicie oddać się pasji podróżowania?

Ja wróciłem, bo byłem wcześniej w „złotej klatce” w Chicago. Prawie pięć lat nie było mnie w domu, potem dostałem wiadomość, że mój ojciec zmarł i wróciłem już na pogrzeb. Był to chyba 20 styczeń i plus 25 stopni Celsjusza na Tajwanie. A w kraju prawie pół metra śniegu i minus 25 stopni. Wtedy zdecydowałem, że wrócę do rodzinnego domu. Po śmierci ojca została mama z siostrą i postanowiłem wrócić do domu pod Opolem. I to nie do Katowic, gdzie pracowałem na Uniwersytecie Śląskim (UŚl), tylko do Opola. Dla wyjaśnienia, najpierw skończyłem chemię na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach i pracowałem w Instytucie Chemii. W połowie lat dziewięćdziesiątych fizycy z UŚl potrzebowali kogoś, kto ma współpracę z medycyną (w tamtych czasach współpracowałem z Wojewódzkim Ośrodkiem Kardiochirurgii i zespołem profesora Religi). Zaczęliśmy organizować Zakład Fizyki Medycznej i zrobiliśmy pierwsze sympozjum fizyki medycznej, kontynuowane w kolejnych latach już jako imprezy międzynarodowe. Powrót ze świata do Opola był swego rodzaju wymuszonym sytuacją „sabotażem gospodarczym” Katowic. Nie wróciłem do nich, tylko do Opola, gdzie nigdy wcześniej nie pracowałem. Mając osiemnaście lat, wyjechałem z domu w świat, zatoczyłem kółko, przebyłem dwa oceany i wróciłem z powrotem do miejsca urodzenia. Do walących się płotów i przeciekającego dachu.

Jest jakaś rzecz, którą zawsze musi Pan Profesor zabrać ze sobą na wojaże?

Ja jestem chemikiem, więc w te różne maskotki, czy tez duchy i cuda „wierzę” i dlatego sam sobie wystarczam.

A ten charakterystyczny dla Pana Profesora kapelusz?

To jest dawna sztuka użytkowa i bardzo praktyczna tradycja tajwańska. Teraz tylko ci, którzy zamiatają ulice je noszą, a tajwańscy urzędnicy i ludzie interesu pocą się w garniturach i krawatach. Na przyjęcia tylko ja tak chodzę, a Tajwańczycy się wstydzą. Ja mówię im – dlaczego macie się wstydzić swojej przeszłości. W Ameryce normalnie bardzo dużo osób chodzi w kowbojskich butach, kapeluszu czy ubraniu. Tam się nikt nie wstydzi swojej przeszłości. Przeciwnie, oni są z niej dumni. Dlaczego na Tajwanie ma być inaczej? Czy ja mam ubierać amerykański kapelusz albo podziurawione dżinsy, bo taka jest moda? Kapelusz z pól ryżowych Tajwanu jest zrobiony z misternie powiązanych liści bambusa i chroni zarówno przed deszczem, jak i słońcem. Jego kształt przypomina dzieło sztuki, a konstrukcja to prawdziwe dzieło myśli inżynierskiej.

Były jakieś miejsca, w które chciał Pan Profesor jechać, ale się nie udało?

Ja po prostu jestem na tyle „ograniczony” tym co robię, że nie mam czasu na wyjazdy z punktu A do punktu B. W swoim gabinecie siedzę do północy i „bawię się nauką”. W dzień mam pracę i zajęcia ze studentami. Mam szeroką współpracę z zagranicą. Kiedyś nawiązałem oficjalny kontakt z University of Crete. Instytut Chemii znajdował się niedaleko ruin pałacu w Knosos. Jechałem tam w ramach wizyty naukowej. Z kolei najbardziej w życiu zmarzłem na północy Grecji w dolinie górskiej. Było tam duże jezioro z wyspą. Właśnie tam greccy powstańcy w XIX wieku zabili tureckiego paszę Janiny. W pobliżu bieliły się szczyty gór wysokością przypominające Tatry. Z rana w grudniu padał śnieg w dolinie. Uniwersytet był nowy i piękny. Pracowałem w laboratorium o długości około 100 metrów. Siedziałem przy komputerze i obok siebie miałem grzejnik olejowy. „Uzbrojony” byłem w rękawice, kurtkę i czapkę. Na zewnątrz było może ze trzy stopnie powyżej zera. Niestety, taka sama temperatura panowała w środku ze względu na cienkie ściany.

Czy podczas podróży spotkał się Pan z czymś zaskakującym?

Poznałem najlepszy moim zdaniem owoc na świecie – to był durian. Jest to taki jakby ogromny kasztan z kolcami. Rozłupuje się go na kilka części aby dostać się do kremowo-żółtego miąższu otaczającego wielkie „pestki”. Zapach durianu jest tak „dziwny i przenikliwy”, że w kilku krajach azjatyckich nie wolno go przewozić w autobusie lub w metrze. Ja wkładałem go do zamrażarki, a potem jadłem łyżeczką jak najlepsze lody. Jest to świetny owoc importowany z Tajlandii, koło którego nie można przejść obojętnie. Jedni go nienawidzą, a inni uwielbiają. Typowe owoce Tajwanu to mango, pomarańcze i ananas. Szokiem dla mnie było pole z bananowcami na południu Tajwanu – wokół palmy, a na krańcach widoczne strachy polne. Pamiętam, że u nas mówiło się o tym, jak charakterystyczne są dla naszego wiejskiego krajobrazu „strachy polne”.

Kiedy planuje Pan Profesor wybrać się w najbliższym czasie na Tajwan?

Chyba wiosną. Na trzecią polsko-tajwańską konferencję w Taipei wziąłem ze sobą 10 osób z Europy. Była to świetna okazja, aby im pokazać Tajwan. Oprócz bogatego programu naukowego mogliśmy zobaczyć wiele ciekawych miejsc oraz skosztować wyroby lokalnej kuchni. Był nasz dziekan, prodziekan, wziąłem też doktorantkę. Chciałem, żeby pojechała i trochę popracowała naukowo na uniwersytecie w Hualien. Nasza uczelnia ma z nimi podpisaną umowę o współpracy. Oczywiście, nic nie szkodzi, aby spędzić gorące i ekstremalnie wilgotne lato na Tajwanie. Można tam poznać trzęsienia ziemi, tajfuny i inne rzeczy typu karaluchy wielkie jak „ruskie czołgi”(śmiech). Dziewczyna była bardzo zadowolona, tym bardziej, ze wcześniej nigdzie nie wyjeżdżała. Dla niej to było łatwiejsze, bo w przeciwieństwie do typowego studenta naszego uniwersytetu mogła sobie zapłacić za bilet z pieniędzy statutowych przeznaczonych na badania dla młodych naukowców. Mieszkanie w akademiku pokrywała strona tajwańska. Z kolei jedzenie jest tam tańsze niż u nas. W wolnych chwilach koledzy z laboratorium pokazywali jej lokalne atrakcje i byli bardzo mili dla gościa z Polski. Nasza doktorantka pobyt na stażu naukowym na Tajwanie potraktowała jako przygodę życia. Warto, aby ciekawi świata studenci naszego uniwersytetu (o ile mogą sobie pozwolić na opłacenie biletu) spróbowali pogodzić „głód” wiedzy i przygody, korzystając z umów Uniwersytetu Opolskiego z dalekim, ale bardzo przyjaznym Tajwanem.

 

Natalia Worek, Asia Gerlich

foto: archiwum prywatne