Kordian Juliusza Słowackiego, przez wielu uważany za najlepsze dzieło, które stworzył w czasach swojej młodości. Tytułowy bohater to ideał bohatera romantycznego – pełen wątpliwości, uczuć niemogących znaleźć ujścia, nieszczęśliwie zakochany buntownik. Jego postać stała się inspiracją dla spektaklu o niemal niezauważalnie różniącym się tytule – Kordian;.

Skąd średnik w tytule? Jak zapewne każdy wie, jest to znak, który rozdziela zdanie tam, gdzie mogłoby się ono kończyć; jest silniejszy niż przecinek, ale słabszy niż kropka. Z tego powodu stał się symbolem jednoczącym ludzi, którzy odczuwali potrzebę zakończenia swego życia, jednak ostatecznie odnaleźli w sobie siłę, by iść naprzód. A co ma to wspólnego z bohaterem Słowackiego?

Pomijając fakt, że to jedna z tych postaci epoki romantyzmu, u których czytelnicy dopatrują się chorób psychicznych (diagnozy lepiej zostawić specjalistom), Kordian, nieszczęśliwie odrzucony przez swoją ukochaną, cierpiący na tzw. ból świata (niem. Weltschmerz), na początku dramatu dokonuje nieudanej próby samobójczej. Ten właśnie moment jest średnikiem postawionym wśród wersów jego historii. To zapewne jeden z powodów, ze względu na które powiązano historię autorstwa Słowackiego z historią bohaterów wykreowanych przez reżyserkę Patrycję Wysokińską.

Jeżeli na spektakl przyszedł ktoś, kto spodziewał się uwspółcześnionej wersji dzieła Słowackiego, musiał niesamowicie się zdziwić… lub zawieść. Otóż Kordian; to próba przedstawienia tego, co dzieje się w umyśle osoby walczącej z depresją. W tym celu wykorzystano niektóre sceny z pierwotnego Kordiana

Moim ulubionym jest akt pierwszy spektaklu – rozmowa i późniejsza alkoholizacja przekoloryzowanych wieszczów narodu polskiego. W wielu kwestiach dialogowych wyczuwalny był wkład młodzieży, która pomagała przy tworzeniu scenariusza. Odegranie przez profesjonalnych aktorów słynnej odwiecznej bitwy na rymy Mickiewicza ze Słowackim jest czymś, czego zdecydowanie się nie spodziewałam, jednak cieszę się, że mogłam być świadkiem urzeczywistnienia historii znanej z internetowych memów. I choć nie jestem wielką fanką żadnego z wymienionych panów, to niesamowicie urzekły mnie ich sceniczne wcielenia, zwłaszcza Juliusz Słowacki odgrywany przez Joannę Osydę.

Wkład młodych aktorów amatorów zdecydowanie przejawia się też w akcie drugim, kiedy to kilkoro z nich ma okazję samodzielnie wcielić się w fikcyjnych bohaterów. Jak im poszło? Część młodzieży absolutnie mnie zaskoczyła – oczywiście pozytywnie – i zachwyciła swoją grą aktorską. Niestety były również takie role, których zdecydowanie nie uważam za udane. Jednak w projekcie tym najbardziej liczyło się to, aby otworzyć młodzieży drogę wiodącą ku poznaniu teatru i ewentualnemu staniu się jego częścią, co z pewnością miało miejsce. Wracając do akcji, bardzo doceniam dystans, z jakim aktorzy podeszli zarówno do swoich ról, jak i całego spektaklu. Autoironia przepełniała cały akt drugi.

A teraz przechodząc do mniej przyjemnej części… Mimo tylu uroczych elementów, muszę przyznać, że spektakl mnie zawiódł. Sama myśl, aby podnosić świadomość społeczeństwa i nauczać o sprawach ważnych, lecz ciągle uznawanych za tabu (takich właśnie jak jedna z chorób XXI w. – depresja) jest cudowna. Spektakl mógł wypaść niesamowicie i otworzyć ludziom oczy na to, co zwykli bagatelizować. Niemniej, odniosłam wrażenie, jakby temat został zbagatelizowany. Spłycony jedynie do najpopularniejszej garści stereotypów, przedstawiony tak, aby wpasowywał się w napisane wcześniej sceny. Nie wiem, czy zrobiono to nieumyślnie czy specjalnie (Pamiętajmy, że to krótki debiut, a na przedstawienie w sztuce tak złożonego problemu potrzeba czasu. Z drugiej strony, przed podjęciem się go, należy brać miarę na swoje możliwości.), jednak negatywne odczucia nie opuszczały mnie na długo po wyjściu z teatru.

Ogromnym minusem jest też jakość audio. Wiele z postaci trzeciego aktu miało maski, które zakrywały usta i uniemożliwiały aktorom wypowiadanie kwestii. Stąd zostały one nagrane wcześniej, a podczas spektaklu puszczono je z głośników. Jednak jakość dźwięku była wątpliwa. Dodajmy do tego muzykę stanowiącą tło przedstawianych wydarzeń oraz szmery wśród widowni. Nie byłam w stanie zrozumieć znacznej części dialogów. Może gdyby słowa postaci w akcie trzecim zostały przeze mnie usłyszane, inaczej odebrałabym cały spektakl?

Niestety nie mogę polecić tego spektaklu, nie z czystym sumieniem. Choć gra świateł była cudowna, zaimponowały mi zabiegi mające na celu zdezorientowanie widzów, a akt pierwszy oglądało się całkiem dobrze, nie rekompensuje mi to niesmaku, który pozostał po zakończeniu. Jednak, skoro istnieje cień szansy na to, że moje negatywne doświadczenie spowodowane jest niedosłyszeniem istotnego dla przekazu fragmentu, może warto ponownie zainteresować się Kordianem;?


Autorka: Weronika Sagan
Grafika: Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu